poniedziałek, 13 maja 2013 · autobus, kambodża, laos, pociąg, transport, wietnam

Transport w południowo-wschodniej Azji

Aleksandra Czernecka

Oczywiście nie opiszę tutaj wszystkich możliwych środków transportu, ale przedstawię kilka historii, które nas spotkały.

Lot liniami Jetstar Pacific: Ho Chi Minh - Danang

Jetstar Pacific jest wietnamską wersją linii Wizz Air. Niby to samo, ale jednak inaczej. Lecieliśmy Airbusem 320 - taki sam model jakiego używa Wizz Air, aczkolwiek trochę bardziej zużyty (np. niektóre siedzienia nie chciały zostać w pozycji pionowej). Jedzenie na pokładzie dla kontrastu było dużo lepsze niż to, które dostaliśmy w samolocie linii Vietnam Airlines. Przynajmniej tak wyglądało i pachniało, ale niestety nie zamówiliśmy go (smażonego makaronu), gdyż zjedliśmy jakąś żałosną i droższą bagietkę na lotnisku.

Ciekawy fakt o tych liniach lotniczych: nigdy nie wiesz kiedy polecisz, gdyż mają prawo do zmiany rozkładu (i z niego korzystają). Nasz lot był przesunięty o jedyne 20 minut.

Lokalny autobus w Wietnamie: Hoi An - Danang

W południowo-wschodniej Azji mają tendencje do zatrudniania większej ilości osób niż możnaby to sobie wyobrazić. Aczkolwiek czasami takie nadwyżki mają swoje zalety. W wielu lokalnych autobusach poza kierowcą spotkamy także człowieka do zadań specjalnych. Niektóre z nich są bardziej przyziemne, jak sprzedawanie niewidzialnych biletów (płacisz i nie dostajesz biletu - oszczędność papieru). Inne zadania są jednak ciekawsze, np. zarządzanie bagażem. Przy wsiadaniu zostaje bagażowi przydzielone miejsce i nie ma się co kłócić, że np. chce się swój bagaż trzymać obok siebie, bo zarządzający i tak postawi go tam, gdzie mu się podoba.

Jednym z ciekawszych zadań jest pomaganie ludziom we wsiadaniu i wysiadaniu z autobusu bez jego zatrzymywania. Przykładowo, jeśli jesteś starszą panią z koszykiem w ręce człowiek do zadań specjalnych wyskoczy z autobusu, podbiegnie w Twoją stronę, zabierze Twój koszyk, złapie Cię pod ramię i pomoże biec i wskoczyć do autobusu (potem oczywiście położy ten koszyk w upatrzonym przez siebie miejscu i podobnie pomoże podczas wysiadania).

Lokalny autobus z Hoi An do Danang. Mężczyzna w żółtej koszuli to człowiek do zadań specjalnych.
Autobusy lokalne (i te mniej lokalne również) mają jeszcze jeden atrybut - obsługa ma w zwyczaju torturować podróżnych teledyskami karaoke z piosenkami o miłości. Użyłam słowa "torturować", gdyż tak teraz odbieram te teledyski. Z początku uznaliśmy je za ciekawy sposób zapoznania się z lokalną muzyką pop. Po zobaczeniu kilku zaczynają się one wydawać śmieszne i proste, a po kilku godzinach można łatwo zauważyć, że są tylko dwa rodzaje tych teledysków:
  • stary, gruby facet z owłosioną klatą i złotym łańcuchem na szyi śpiewa, a w tle tańczą szczupłe, młode, zbyt mocno uśmiechnięte dziewczyny
  • chłopak i dziewczyna albo się rozstają albo schodzą ze sobą (w zależności od tego czy byli ze sobą na początku teledysku można wywnioskować jak się on zakończy)
Ciężko uwierzyć jak można mieć tak mało wyobraźni i nagrywać tysiące takich samych teledysków. Ostatecznie będąc po kilka godzin w kilku autobusach da się zobaczyć prawdopodobnie większość najbardziej popularnych klipów (a nawet jeśli nie, to i tak wiadomo jak się kończą), więc jeśli nie możesz czytać w autobusie (choroba lokomocyjna) lub patrzeć przez zasłonięte okno (palące słońce), jesteś skazany na teledyskowe pranie mózgu.
Przykładowy teledysk z Kambodży.

Pociąg w Wietnamie: Danang - Hanoi

Wietnamskie pociagi z kuszetkami są całkiem wygodne i oboje wyspaliśmy się na tyle dobrze, że po przyjeździe do Hanoi nie czuliśmy się zmęczeni. Po części zawdzięczamy to pewnie wybranej klasie 'soft sleeper' (miękka sypialna), gdzie w przedziale znajdują się dwa piętrowe łóżka (w sumie 4 osoby) z mniej twardymi materacami. Inne klasy to 'hard sleeper' (twarda sypialna), 'soft seater' (miękka siedząca) i 'hard seater' (twarda siedząca). Niektóre z nich mają klimatyzację, która w naszym przedziale działała idealnie przez ok. 75% naszej podróży.

Pociąg niestety nie zrobił na nas dobrego pierwszego wrażenia. Początkową stacją było Ho Chi Minh i ktoś inny miał nasze miejsca na trasie do Danang, co oznacza, że musieliśmy używać tej samej pościeli. Łatwo rozwiązaliśmy ten problem poprzez rozpakowanie naszych śpiworów, ale porównując ten pociąg do ukraińskiego pociągu sypialnego, jakim mieliśmy przyjemność jechać jakiś czas temu, ukraiński wygrywa. Wsiadając do niego konduktor wręcza każdemu pasażerowi woreczek z pościelą, ręcznikiem, mokrą chusteczką i chusteczką do polerowania butów. Dodatkowo, dolne łóżko w ukraińskim pociągu jest tak naprawdę klapą ze skrzyni, do której można schować wszystkie swoje bagaże i spokojnie spać bez stresu, że coś nam zginie. Wietnamskie pociągi są jednak lepsze w innych kategoriach. Na jednym końcu wagonu znajdują się umywalki z lustrem, więc nie trzeba myć zębów w śmierdzącej toalecie. Na drugim końcu natomiast znajduje się zbiornik z wodą w wersji zimnej oraz gorącej, co jest dość przydatne, gdyż nie wydaje mi się żeby w pociągu była jakaś restauracja.

Laotański autobus sypialny: Hanoi, Wietnam - Luang Prabang, Laos

Hmm, od czego tu zacząć... Po pierwsze, gdy kupowaliśmy bilety poinformowano nas, że powinniśmy dotrzeć do celu w ciągu 24 godzin, ale tak naprawdę to pewnie będzie ok. 26. W rzeczywistości zajęło to 40 godzin... Cała podróż zaczęła się dziwnie od podwózki na dworzec autobusowy. Zazwyczaj jest to taksówka, tuk tuk lub minivan, a tym razem był to mężczyzna na motorze, za którym mieliśmy podążać, by zebrać więcej turystów i dotrzeć do miejsca, z którego mały autobus zabrał całą grupę na dworzec. Osobiście, wolałabym samodzielnie dotrzeć do tego miejsca na umówioną godzinę zamiast biegać za motorem przez pół godziny.

Autobus wyglądał w porządku, razem z nami wsiadało do niego pięciu innych turystów. Zastanawialiśmy się czemu zapakowali nas wszystkich na tył autobusu, ale szybko stało się to jasne. Siedzenio-łóżka były troszkę za wąskie, aczkolwiek po jakimś czasie można się było do nich przyzwyczaić, a gdy klimatyzacja zaczęła działać przydał się kocyk, który leżał na każdym siedzeniu.

Autobus sypialny w Laosie
Wnętrze laotańskiego autobusu (gdy jest prawie pusty).

Po wyjechaniu z dworca autobusowego w Hanoi zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy w celu zabrania kolejnych pasażerów i dość szybko wszystkie 29 łóżek się zapełniło. Pomyśleliśmy, że od tego momentu autobus zacznie zmierzać do celu bez dalszych przystanków, ale nie mogliśmy być w większym błędzie... Zatrzymywaliśmy się jeszcze wiele razy by zabrać więcej ludzi, z jeszcze większymi bagażami. Na początek obsługa autobusu rozebrała schodek, który znajdował się przed nami i uzyskaną w ten sposób przestrzeń wypełniła koszulkami, czapkami i drewnianymi pudełkami. Mieliśmy nadzieję, że przemycają tylko ubrania. Po ok. 30 minutach pakowania i skręcania tego schodka z powrotem, dołożono na nim kolejne łóżko (po którym musieliśmy przechodzić, gdy chcieliśmy wyjść z autobusu) i umieszczono na nim młodą parę z dzieckiem. W tym momencie przestałam uważać moje łóżko za wąskie, gdyż ich było jeszcze węższe i musieli się na nim zmieścić we dwójkę z małym dzieckiem.

Po tym zdarzeniu każdy przystanek oznaczał ok. dziesięciu nowych pasażerów z ich workami ryżu, kapusty, bagietek i cholera wie czego jeszcze pakowanych do każdej możliwej dziury w bagażniku, na dachu oraz na półkach autobusu. Za każdym razem, gdy wydawało nam się, że już więcej ludzi nie zmieści się w autobusie zatrzymywaliśmy się ponownie by zebrać kolejną grupę pasażerów. Wszyscy dodatkowi ludzie siedzieli/leżeli na sobie pod normalnymi siedzenio-łóżkami, gdzie wcześniej myślałam znajduje się przestrzeń na bagaż.

Gdy w autobusie było ok. 80 pasażerów z niewiadomego powodu zatrzymaliśmy się na środku drogi w środku niczego. Wyglądało to jak korek, bo samochody stały w obu kierunkach, ale korki zazwyczaj nie stoją w miejscu przez kilka godzin. Dość szybko kierowca zdecydował wyłączyć klimatyzację, co sprawiło, że autobus zamienił się w zaparowaną puszkę. Całe szczęście znaleźliśmy małe okienko koło naszych głów, dzięki któremu mogliśmy oddychać. To wydarzenie było częścią 12-godzinnej "jazdy" bez postoju z toaletą. Po tak długim czasie nawet Wietnamczycy zaczęli krzyczeć do kierowcy żeby się zatrzymał, gdy w końcu zaczęliśmy się poruszać jakimś skrótem bez asfaltu przez wioski. Kierowca zatrzymał się na ok. 5 minut, w czasie których ledwo udało nam się wydostać z autobusu i użyć toalety (niełatwo jest opróżnić autobus z 80-ciu pasażerów, zwłaszcza gdy każdy musi zdjąć buty i włożyć je do woreczka).

Po tym krótkim postoju kierowca postanowił nadrobić straty (tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie - nie byliśmy nawet na granicy, a opóźnienie sięgało conajmniej 8 godzin) i jechał bardzo szybko przez wioski po nieutwardzonej i nierównej drodze. Na jednym z licznych wyboi autobus podskoczył, a wraz z nim pasażerowie, w szczególności ci usytuowani z tyłu (m.in. my). Jeden z Wietnamczyków, jako że był mniejszy i lżejszy niż turyści uderzył głową w sufit. Ten wypadek spowodował kolejny przystanek w celu naprawy autobusu... Wszyscy lokalni rozpiechrznęli się po okolicznych wioskach i gdy naprawa dobiegła końca musieliśmy jeździć w te i we wte, żeby ich pozbierać.

Sleeping Lao bus
Nasz autobus naprawiany na jakiejś wiosce.

Podsumowując, było to doświadczenie, o którym długo będziemy pamiętać i jeśli ktokolwiek zdecyduje się jechać tą trasą, to polecamy nie rezerwować hotelu na pierwszą noc w Luang Prabang, bo prawdopodobnie będą to stracone pieniądze.

Autobus VIP w Laosie: Luang Prabang - Vientiane

Nie dajcie się oszukać słowem VIP w nazwie, gdy kupujecie bilet na autobus. Owszem, autobusy VIP wyglądają dużo lepiej niż niektóre lokalne autobusy, ale nie zawsze. Zazwyczaj są one wyższe niż inne - wyglądają jak piętrowe autobusy, ale po prostu mają więcej miejsca w bagażnikach oraz toaletę (kucającą) pod siedzeniami.

Wnętrze autobusu VIP w Laosie.
Wnętrze autobusu VIP w Laosie.

Tak jak w każdym innym autobusie w południowo-wschodzniej Azji (a w szczególności w Laosie) tu również należy dodać ok. 10-20% do czasu podróży podanego przez sprzedawcę biletów, aby otrzymać czas bardziej zbliżony do rzeczywistego. Nasza podróż miała zająć 10 godzin, ale jechaliśmy ok. 12. Dodatkowo, zamiast dojechać na jakąś sensowną stację autobusową w mieście, wysadzono nas na stacji 2km od lotniska, gdzie byliśmy zmuszeni wziąć tuk-tuka o zawyżonej cenie, by dostać się do miasta. Całe szczęście targując się ostro udało nam się ją zbić do ceny akceptowalnej (choć nadal wyższej niż płacili lokalni). Wskazówką w takich sytuacjach jest poczekać aż większość turystów odjedzie i gdy zostanie już tylko kilka, pozostali kierowcy tuk-tuków mają do wyboru albo wziąć ociągaczy po niższej cenie albo jechać z powrotem pusto/czekać godzinę lub dwie na kolejny autobus.

Jedyną rzeczą jaka sprawia, że mogę przyznać temu autobusowi nazwę VIP było to, że dostaliśmy po butelce wody przy wsiadaniu, a bilet zawierał w cenie obiad, więc nie było to totalne oszustwo.

Bilet na autobus VIP.
Bilet na autobus VIP z kuponem na jedzenie.

Podsumowując, jeśli chesz dojechać do celu na czas, wybierz samolot lub pociąg, w przeciwnym wypadku przygotuj się na opóźnienia i inne niespodzianki, jakie mogą wyniknąć po drodze.